Listy #169; fawleycourt Listy © fawleycourt
Aktualnie jesteś: 
fawleycourt Protesty Listy

Listy


e-mail: savefawley@hotmail.com 


Listy w sprawie Fawley Court

Moja Wyspa, Forum
2008-05-10 14:28:04 (rok temu)

Posty: 1

Z nami od: 10-05-2008 Jestem w Anglii urodzonym polakiem. Mam szczęście zamieszkiwania w Henley nad Tamiza i zaszczyt wykształcenia we Fawley Court, Divine Mercy College.
Z przykrością odebrałem wiadomość o zamknięciu „mojej” szkoły, tym bardziej że, niedługo potem urodził się mój syn i wiedziałem ze, w krótkim czasie będę szukał dla niego szkoły, która by wyposażyła go we wiedzę i umiejętności potrzebne w życiu.
Szkoła we Fawley Court każdego ucznia, nie zależycie od własnych zdolności, wyposażyła doskonale we wiedzę, standardy moralne i socjalne, i wysoki standard wykształcenia.
Przyjaźnie zawarte w tym okresie trwają do tych czas mimo czasu i odległoœci.
Nie jestem ubożony chęcią sprzedaży posiadłości. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to logiczne posuniecie przez osoby bez wizji lub chęci dla polepszenia warunków Polaków we Wielkiej Brytanii.
Fawley Court i Marianie NIE ogłaszali swojej obecności w sposób który by korzystał ich i Polskiego społeczeństwa no ogól. Istnieli jakby w strachu działalności. Ukrywali się przed wszystkimi. To nie jest wedle starań i pamięci Ks.Jarzembowskiego.
Ostatnie Dwa lata stanowią zmarnowanę szanse wzbudzenia Polskich i narodowych marzeń na emigracji.
Obecnie w okolicy są Polacy którzy płacą za wynajęcie szkoły w High Wycombe aby prowadzić sobotnią Polską Szkołę. Marianie powinni się wstydzić że, tyle polskich rodzin nie może w jakimœ stopniu korzystać z Fawley Court w sposób edukacyjny. Gdzie jest ta owa chęć duch pasterstwa?
Obudźcie się! Jest tyle Polaków w Anglii, tyle rodzin że, Polska szkoła teraz się bardziej opłaca niż za czasów Ks. Jarzembowskiego!
A może nie oto chodzi, co? Może teraz, zamiast do Maryi Matki Bożej modlicie się do milionów funtów który przyniesie wam czyjśœ inny ciężki wysiłek i niechybna wiara dla stworzenia czegoœ wartościowego dla Polaków na emigracji?
W obecnym klimacie ekonomicznym było by korzystniej dla całego społeczeństwa polskiego i ogólnego, NIE sprzedawać Fawley Court za mniej niż jest wart, ale starać się ponownie otworzyć ośrodek szkoleniowy dla nowej polskiej młodzieży, ośrodek informacyjny i wspierający dla polaków w kraju, pomoc typu legalnego, tłumaczenia, porady z wyplenianiem form. Wiele jest możliwości, które Marianie w ramach duszpasterstwa moga rozpocząć.
Jako zakon mają wszelkie ulgi podatkowe. Są pogłoski w rządzie o ułatwieniu stworzenia niezależnych szkół, wszytko wskazuje na pozytywny wynik dla stworzenia nowego ośrodka szkoleniowego.
Trzeba tylko chęci i wiary.
A przecież czy nie po to istnieje Zakon? Jeśli za ciężko jest stworzenie nowego, żywego, trwałego, ośrodka dla Polaków/rodaków to proszę bardzo, sprzedajcie wszytko, likwidujcie zakon i wracajcie do Polski, bo takich chytrych, leniwych, zdrajców nikt tu nie chce.
Są Polacy których zajęcia, od dłuższego czasu, bardziej interesują niż społeczeństwo/naród z którego pochodzą. Niestety są też Polacy którzy potrzebują pomocy, informacji i wsparcia. Jeśli jesteśœ teraz samolubnym Anglikiem to proszę bardzo, po twojemu to – I”am alright Jack - nie prawda?

Sierp 1961





Data: 5 Lipiec 2008 r
ródło: www.nowyczas.co.uk


Droga Redakcjo,


Z bijącym sercem œśledzę słowo pisane na temat Fawley Court. Każdy dzień przybliżający rozstrzygnięcie jego losu, jest –szczerze przynaję – cierpieniem. Za parę dni zapadnie wyrok. Być może polski Dom Boży, za jaki uważam to miejsce, przestanie nim być, a fakt, że stanie się to za sprawą osób duchownych – będzie szczególnie bolesny.
W imię prawości i wiary, Księża Marianie winni przekazać posiadłość w godne ręce polskiej organizacji, choć za skromniejszą cenę. Dobre imię Zgromadzenia rozeszłoby się po dalekie zakątki globu, a to nie byle jaki kawałek chleba – wdzięczność ludzka, która bywa też hojna. Jest rzeczą oczywistą, że księża Marianie nie wykazali żadnej dobrej woli wobec społecznoœci polskiej w Anglii, gdy już wiedzieliœmy, że Fawley Court zostanie sprzedane. Jak ostrze noża brzmią słowa ks. Jasińskiego, jakie usłyszałam (i osoba mi towarzysząca) rok temu, przed zamknięciem muzeum. Na pytanie, dlaczego my, Polacy zamieszkali w Anglii, nie wiemy o kłopotach finansowych, z jakimi księża się zmagają, dlaczego nie ogłoszono w polskich kościołach, aby zorganizować pomoc, ks. Jasiński odpowiedział: „Nie będziemy żebrać. I tak nie wierzę, że udałoby się zebrać tak dużą sumę” (ok. 2 mln). Przeliczyłam – jest tu nas 2 mln, wystarczy, że każdy da funta). Te słowa to jak policzek wymierzony przeciwnikowi, gdyż na takiej pozycji ustawili nas księża Marianie. Wiadomo, że w nagłej potrzebie Polacy mobilizują się w szlachetnym celu, każdego stać na parę funtów, a niektórych na więcej. Na Ealingu, księża Marianie parę lat temu zbierali pięniądze na wakacje dla księdza i to było OK – cóż, cel uświęca œśrodki. Księża Marianie wykluczyli pomoc Polonii, gdyż ta udaremniłaby ich plan sprzedaży posiadłości.
Ksiądz i nie wierzy? Przecież właśnie wiara czyni cuda gdy jest obecna w naszych przedsięwzięciach, a mając „poparcie” samego Pana Boga to niemożliwe staje się realne. Wtedy rodzą się pomysły na rozwiązanie trudnych sytuacji, pojawiają się odpowiednie osoby itp., a wszystko to prowadzi do sukcesu.
Można zrozumieć, że niełatwo było księżom zarządzać majątkiem. Nie są do tak przyziemnych, czysto materialnych zadań przeznaczeni (mogła się tym zająć osoba œświecka, z talentem biznesowym). Trudnoœci narastały, ale Marianie siedzieli cicho, nikt nie wiedział o katastrofie finansowej, uwiecznionej decyzją sprzedaży posiadłości. Kamuflaż sprzedaży był oczywisty. Księża przyjęli taktykę działania na własną rękę i w ukryciu. Gdy zapytaliśmy ks. Jasińskiego podczas tej samej rozmowy, czy pogłoski, że Fawley Court będzie sprzedany, ksiądz niepewnie przyznał: „Bierzemy to pod uwagę”, zamiast zdecydowanego TAK w obliczu faktu, że wiadomość o sprzedaży była ogłoszona (wywiad ks. Jasińskiego w „Nowym Czasie’).
Księża Marianie nie tylko mieli problemy z prowadzeniem majątku, ale też narzekali, że trudno im prowadzić działalność duszpasterską przy tak małej frekwencji na mszach niedzielnych. Stwierdzenie to wydaje się być paradoksem. Piękno tego miejsca powinno uczynić je, właśnie dzięki księżom, oazą duchowości. Ich zadaniem było przyciągnąć, zwłaszcza młodych ludzi i wszystkich, którzy chcą wielbić Boga, zapomnieć o ciężkiej pracy i bieganinie. Jak bardzo pragną młodzi ludzie przewodnictwa duchowego, œświadczyły tłumy na rekolekcjach prowadzonych przez ojca Jana Górę na Devonii, które przeciągały się do póżnej nocy. Więc dlaczego w Fawley Court było pusto? Dlaczego tylko Zielone ŒŚwiątki, a nie wiele, wiele uroczystości?
W tej niejasnej grze, jaką przez ostatnie miesiące prowadzili Marianie, daliśmy się wciągnąć niejako w błoto. Denerwujemy się, chcemy wywalczyć swoje prawa do Fawley Court, by pozostało z nami, a wszystkie usiłowania odbijają się pustym echem przysłowiowej kosy trafionej na kamień. Próby negocjacji z przedstawicielami Zgromadzenia, z góry skazane były na porażkę. Bo Marianie negocjować nie chcieli. Trudno pogodzić się z faktem, że w tej grze najwyższą stawką jest pieniądz. Nie udało się też Rektorowi Misji Katolickiej ks. Kukli doprowadzić do kupna Fawley Court za 14 mln funtów. Gdy na zebraniu 8 czerwca Polacy prosili o sześć miesięcy czasu na załatwienie rentownego projektu, który pozwoliłby utrzymać majatek, ks. prowincjał szczerze skomentował: „Ale przecież cena się przez to obniży”.
Jak twardych trzeba serc, by nie poruszyły ich słowa Polaków zrozpaczonych, zawiedzionych postępowaniem właścicieli Fawley Court? Z ust księży nigdy nie padły słowa, że jest im przykro, że wyczerpali możliwości, że utknęli w martwym punkcie. Mój dobry znajomy, wychowanek szkoły w Fawley Court, zapytał czy jestem wierząca. Odpowiedziałam: Tak, oczywiście. Bo ja myślę, kontynuował, że Marianie nie są wierzący, a poza tym kłamią i są nieuczciwi.
Czy Księża takie po sobie pozostawią wrażenie, gdy odejdą?


Maria Bourne


—–

Szanowni Państwo,

czytam listy do redakcji „Nowego Czasu” i zastanawiam się, jak to jest? Ludzie protestują w związku ze sprzedażą Fawley Court, nie tylko starsi, związani emocjonalnie z tym miejscem, również młodzi, którzy niedawno tu przybyli, ale już zdążyli zrozumieć, jaką to miejsce ma wartość dla naszej historii i tożsamości narodowej na obcej ziemi. Jednocześnie wszystkie organizacje polonijne jakby pochowały głowy w piasek.
Czy one nie reprezentują tutejszej społeczności? Czy może prowadzą kuluarowe rozmowy? Jeśli tak, to dlaczego kuluarowe? Kuluarowo postanowili Księża Marianie sprzedać to miejsce. Bez konsultacji ze społecznością. Wystarczy. Teraz powinna się odbyć poważna dyskusja z udziałem działających tu wciąż organizacji, które mają jeszcze jakikolwiek autorytet i liczebność jeśli chodzi o aktywnie działających członków. Mieszkam tu za krótko, żeby wiedzieć dokładnie, jakie to są organizacje, ale nie tak dawno również na łamach „Nowego Czasu” czytałem w liście starszej emigrantki, że życie tu kwitło i te organizacje nadal działają. Więc gdzie one są? Toczy się ważna dyskusja bez udziału najważniejszych graczy, bo przecież indywidualne osoby nic z tą sprawą nie zrobią.
No, może milioner, pan Jan Żyliński… Jeśli Marianie akurat jego ofertę wybiorą. On przynajmniej zapewnia, że kościół i groby wokół niego pozostaną nietknięte, a miejsce to będzie wciąż udostępniane Polakom.
A jeśli Marianie wybiorą inną ofertę, bo ktoœda więcej? Może się okazać, że pecunia non olet nawet księżom, a wartości duchowe to nie ich działka. Czasy się przecież zmieniają, najważniejsze są prawa rynku!
Będzie to największa hańba nie na honorze Marianów, ale honorze emigracyjnych organizacji.
Krzysztof Brzozowski


—–
Szanowni Państwo,
z wielkim smutkiem dowiedziałem się o możliwości zamknięcia Fawley Court. Jako były uczeń tej szkoły, który spędził tam wiele lat, jest mi ona bardzo bliska sercu i zawsze mile wspominam ten okres mojego życia. Œp. Ojciec Józef Jarzębowski z pewnością ubolewa, że ten kącik polskości, który Ojciec Józef założył, może pójść na marne.
Wydawałoby się, że właśnie teraz, kiedy więcej jest Polaków na terenie Angli można byłoby ożywić Fawley Court, tak żeby stał się bardziej atrakcyjny na spotkania, wystawy itp. i zarazem zyskowny dla utrzymania tego pięknego majątku bliskiego tylu Polakom, którzy włożyli tyle pracy i  poświęcili tyle czasu dla polskiej młodzieży.

Z poważaniem
Zygmunt Suzin

—–


Szanowna Redakcjo,

chciałbym pozdrowić Was wszystkich, którzy uczestniczycie w powstawaniu tygodnika „Nowy Czas” i podziękować za Waszą pracę, której wynikiem jest tak interesująca i potrzebna nam wszystkim gazeta.
Uważam, że odgrywa ona bardzo ważną, opiniotwórczą rolę w naœwietleniu wielu istotnych spraw dotyczących Polaków tak w kraju, jak i przede wszystkim tu, w Wielkiej Brytanii.
Chciałbym odnieść się do sprawy niezwykle istotnej, właśnie dla nas, imigrantów, a mianowicie do szeroko nagłośnionych w mediach planów sprzedaży pałacu Fawley Court. Moim zdaniem to bezcenne dla emigracji polskiej miejsce nie może być po prostu sprzedawane, ponieważ nie stanowi ono dla Polaków wartoœci jedynie materialnej, ale przede wszystkim sentymentalną i nostalgiczną. Uœwięcone zostało poprzez wysiłek licznych ludzi, którzy chcieli to miejsce ożywić. Tego zmarnować nie możemy. Wydaje mi się, że równie dobrze można by próbować sprzedaży na przykład, również z takim trudem odbudowanego, Zamku Królewskiego w Warszawie. A przecież na coœ podobnego żaden rozsądny Polak (czy to mieszkający w Polsce, czy gdziekolwiek indziej na œwiecie) nigdy by się nie zgodził.
Fawley Court to nasze wspólne dobro, dobro każdego Polaka, ale nie tylko Polaka, także przedstawiciela każdego innego narodu, który zechce to miejsce odwiedzić i uszanować. Jest ono naszą wizytówką i musimy dbać o to, aby było nią nadal.
Dlatego też przyłączam się do petycji zamieszczonej w Waszym tygodniku 9 maja 2008 roku, wyrażającej sprzeciw wobec projektu sprzedaży Fawley Court, podpisanej przez wiele osób, której rozmiar z pewnością wkrótce się powiększy.
Z poważaniem
Hubert Koniarz
przedstawiciel najnowszej imigracji
na Wyspach Brytyjskich

—–

Szanowna Redakcjo,


nawiązując do listu do redakcji pani S. Kuszyk (NC, nr 18/83, 9.05) odnoœnie ewentualnej sprzedaży Fawley Court, chciałabym podkreślić, że istnienie Ośrodka Kultu Bożego Miłosierdzia, jedynego w Wielkiej Brytanii, ma doniosłe znaczenie nie tylko dla Polaków, ale również dla Anglików.
Otóż publikacja „Catholic Truth Society Angelus” z maja br. informuje, że właśnie w Fawley Court, od 8 do 10 sierpnia, odbędzie się „Konferencja 2008” dla młodzieży brytyjskiej, zorganizowana przez „Evangelium”, pt. „Wyjaśnienie Wiary Katolickiej we Współczesnym ŒŚwiecie”.
Czy wolno Polakom zaprzepaścić tę okazję, jaką dała nam Opatrzność, aby propagować Kult Miłosierdzia Bożego w Wielkiej Brytanii, który z takim oddaniem zapoczątkował w Fawley Court ksiądz Jarzębowski????


Zofia Choroszewska

—–

Szanowna Redakcjo,

po emocjach Zesłania Ducha Świętego w Fawley Court trzeba było mentalnie się wyłączyć. Po przeczytaniu artykułów w „Nowym Czasie” (NC, 16.05), w „Tygodniu Polskim” (16.05) oraz w „The Catholic Herald” (16.05), biorąc pod uwagę własną ocenę oraz ocenę ludzi mających wiedzę na ten temat można stwierdzić: Księża Marianie definitywnie opuszczają Fawley Court, nawet gdybyśmy zapewnili finanse na plus – ich decyzja jest nieodwracalna. Chcą się wycofać, pytanie tylko: czy z gotówką, czy bez?
Przy tak wielu protestach społeczeństwa, które przywiązane jest do tego miejsca? Księża Marianie nie licząc się ze społeczeństwem wystawili Fawley Court na sprzedaż. Według prawa powinni byli społeczeństwo poinformować i dać „reasonable time” do akcji ratowania i uzdrowienia finansowego.
Udało im się w Hereford, gdzie Polacy zostali pozbawieni ośrodka – nie ma już ani kościoła, ani domu, gdzie była uprzednio szkoła, a potem dom starców. Zrozpaczona parafianka twierdzi, że teraz pełno Polaków, a kościoła polskiego nie ma. Przy kościele po 10 latach wynajmu dla „New Age”znów stoi tablica „To Let”. Inni twierdzą, że w Slough społeczność polska dała radę! Sprzeciwili się Marianom, którzy chcieli obiekt sprzedać, następnie poszli do sądu i wygrali. Kościół pozostał i Marianów „niet”. Pytam, co się dzieje? Czy to zbieg okoliczności i Fawley Court jest sprawą odrębną, czy to ogólny plan działania?
O ile chcemy uratować Fawley Court, musimy przedłożyć fakty, które stwierdzą zaangażowanie społeczeństwa w odbudowę tego miejsca w początkowej jego fazie, a następnie wspieranie go przez lata. Nie trzeba dowodów na piśmie, bo ich księża nie dają. Niech jednak udowodnią, że się nie pracowało. Musimy szybko działać, bo do 27 czerwca czasu mało. Piszmy więc do „Nowego Czasu” i dajmy swe dowody zaangażowania, jak również swe nazwiska na listę protestu. Gdyby społeczeństwo było odpowiednio powiadomione, dziœ nie byłoby tych protestów. Jeœli księża tak będą traktować społeczeństwo, to stracą do siebie kompletnie zaufanie. Było to widoczne na zebraniu w niedzielę, 11 maja.
Wiadomo wszystkim, że kiedy ks. Jarzębowski przybył do Fawley Court – nie był sam, a „zawinął” tam z sierotami, które ocalały z Rosji Sowieckiej. Cena Fawley Court była specjalnie zaniżona ze względu na te dzieci. Społeczeństwo polskie pracowało tam przy odbudowie zniszczonego pałacu, jak to uprzednio napisał p. Fedorowicz – po 50 ludzi po 10 godz. dziennie przez długi czas – zanim doprowadzili Fawley Court do użytku. Wkład społeczeństwa był ogromny. Dziśœ ludzie ci, ze łzami w oczach słuchali „wyroków” młodych Księży Marianów, którzy nie są w stanie czuć emocji, jakie kierują ludźmi związanymi z tym miejscem. Zebranie było zorganizowane o godz. 15.00, aby jak najmniej ludzi przyszło, bo w tym samym czasie była adoracja w kościele œw. Anny. Rozmawiając z prowincjałem ks. Naumowiczem zrozumiałam jego argumenty, że koszty utrzymania są tak duże, że nie mogą sobie dać rady. Społeczeństwo powinno wiedzieć dokładnie, jakie są to koszty? Gdyby w odpowiednim czasie się zaangażowało, to tak, jak potrafili Polacy odbudować kompletnie zniszczoną Warszawę, również tu Polacy poœwięciliby swoje talenty, czas, pracę dla dobra ogółu i dla dobra ich dzieci.
Inna opcja. Pan Jan Żyliński, miły człowiek, który chce kupić Fawley Court i prowadzić tam hotel, który przynosiłby dochody oraz ma inne ciekawe plany – gwarantuje ciągłość, to ważne. Jak to pogodzić z oczekiwaniami społeczeństwa, które uważa to miejsce za uświęcone i jest przyzwyczajone do posiadania prawa bycia tam? Czy w ogóle sprzedaż powinna mieć miejsce?
Jest również projekt Nursing Home, co przeraża księży, bo nikt nie chce myśleć o starości. Tak, jak p. Raymond pisze, finansowo załatwiłoby się wszelkie problemy. Można by przeznaczyć część posiadłości na to, a na pewno starzy emigranci czuliby, że są na polskiej ziemi razem.
Każdy z projektów ma swoje uzasadnienie, księża jednak chcą łatwego wyjścia z sytuacji i nie dopuszczą innych. A więc sprzedać i zapomnieć, a poświęcenie się zostawić innym.
Ja osobiście mam wizję ponownej szkoły, bo 160 tys. polskich dzieci uczęszcza do angielskich szkół. Ponieważ młoda emigracja to przeważnie ludzie wykształceni i mający dzieci, myślę, że chętnie by zapłacili za internat dla swych pociech. Inne zgromadzenie specjalizujšce się w nauczaniu mogłoby przejąć powyższe.
Wszystkie plany są dobre, można by niektóre połaczyć. Trzeba jednak, by zaistniała sytuacja, by nie mówić tylko do ściany, a wizja astronomicznej ceny sześciu zer, tak jak p. Kuszyk pisała, zawsze w oczach Boga będzie się równała trzydziestu srebrnikom.
Daj Boże, oby sprawa Fawley Court pomyœlnie zaostała załatwiona i oby rozsądek wziął górę i Duch Œwięty oœwiecił umysły wszystkich nas dla zgody i harmonii.
Danuta Reutt

—–

I jeszcze o Fawley Court

Chciałbym jeszcze dodać kilka słów a propos sprzedaży Fawley Court. Warunki w życiu się zmieniają, a zatem należy szukać nowego celu - przystosować się do zmian i tu potrzeba zmysłu biznesmena. Jak wspomniałem poprzednio, jest to idealne miejsce na Nursing Home, które wsparte będzie przez miejscowy Borough Council , będzie zapewniało miejsce zamieszkania miejscowej emigracji powojennej, która po przebytych więzieniach sowieckich, a potem po walkach za honor pod Monte Cassino, dziśœ sama będzie potrzebowała opieki, za którą będzie płacić, o ile nie sama, to Borough Council przynosząc poważne dochody księżom Marianom i możność kontynuowania zjazdów harcerskich, seminariów i tak dalej.
Tak jak zrobił to Ks. Stanisław Staniszewski, który nabył Laxton Hall, gdzie mieściło się gimnazjum, i przerobił go na Nursing Home, przy którym istnieją inne organizacje, mające prawo bytu.
Ze względu na stan zdrowia korzystam dużo z opieki lekarskiej, przebywam wśród lekarzy angielskich i pielęgniarek. Podczas ostatniej wizyty nie mogłem się powstrzymać i pokazałem ten majestatyczny zabytek Anglikom. Powiedzieli: „Idealny na Polish Nursing Home”, gdzie mogą przebywać inni, jak ma to miejsce w Ilford Park w Devon. Zmiana na Nursing House przy pomocy Council jest łatwa. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że Polacy stronią od tego typu rozwiązań. Takie domy dają dużo więcej niż nasze sheltered accomodation, np. bezpłatne bilety do teatru, zapewnienie przejazdu itp. Dom Litwinów mieszczący się na Ladbrooke Grove został w ten sposób sfinansowany. Dom polskich inwalidów wystawiony na sprzedaż w kwocie 30 tys. funtów nie reagował na ofertę Anglopolu, a moja agencja S. A. Rymond oferowała o 1000 funtów więcej, co było dużą kwotą na ówczesne czasy. Nie akceptowano tej oferty tłumacząc, że już są inne i to był sposób na omijanie polskich agentów, aby nie wiedzieli o cenie. Niestety Polak Polakowi wilkiem. Termin powiadomienia o sprzedaży Fawley Court jest bardzo krótki - szkoda, że zaczęło brakować listów na ten temat do redakcji w „Dziennika Polskiego”. Istnieją władze, które mogą ten termin anulować. Ta nagła wyprzedaż majątku emigracji powojennej przypomina mi sowiecki system „rozkułaczania” kułaków. Patrzmy bardzo uważnie, czy nie zacznie się to dziać w innych miejscach nabytych przez emigrację powojenną. Zamienienie szkoły nie potrzebuje legal aid na sale, no commision dla adwokatów, a tylko szybka kwestia usprawnienia i przystosowania warunków, czym zajmuje się council. Doczekaliśmy się, my, którzy na wszystko łożyliœmy przez te lata i w rezultacie nie mamy miejsca na starość - to wstyd i hańba, szczególnie, że tutaj znajdują się bohaterzy spod Monte Cassino. Czyż w duchu chrześcijańskim nie należałoby im pomóc - oczywiście za pieniądze i to dobre. Pecunia non olet!
Wspomnę jeszcze jednego księdza, Stanisława Cyrana, który był fantastyczny w nabywaniu obiektów œw. Antoniego Balham - Białego Orła. Rano odprawiał Mszę œŚwiętą, a po południu spotkałem go na licytacji. Parafia na Balham prosperowała.
Cała emigracja powojenna protestuje, wszyscy ewentualni rezydenci w Nursing Home. Pytam: a ileż tam znalazło się przysłowiowych wdowich groszy? Taki interes ma szansę przetrwania i będzie subsydiowany.
Pozostaję z poważaniem
S. A. Rymond

—–

Fawley Court - zatrzymać!

Czytając wywiady z ks. Jasińskim (NC, nr 16/81, 25.04, Tydzień Polski (4.05) rzuca się w oczy to, że ksiądz, będąc duchownym, ani słowa nie wspomina o kościele œw. Anny, w którym ludzie doznają wiele łask i uzdrowień; o grobie ks. Józefa Jarzębowskiego, który spoczywa na „polu swej walki”, tak jak gen. Anders na Monte Casino, którego nikt nie odważyłby się ruszyć. Szczątki innych pochowanych, wymieszanych z ziemią i te ołtarzyki różnych formacji wojskowych, będących œświadkami przelanej krwi na polu walki - wołają o pomstę do nieba na wiadomość o drastycznych planach sprzedaży Fawley Court.
Wiadomo, że kiedy Fawley Court został nabyty w 1952 roku, pałac był bardzo zniszczony, nadawał się do rozbiórki, żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego po demobilizacji pracowali po dziesięć godzin dziennie przez długi okres czasu - około 50 osób dziennie, co ks. Jarzębowski regulował na co dzień w porozumieniu z organizacjami zapewniającymi pracowników na każdy dzień. Wszyscy pracowali, aby doprowadzić pałac do stanu użytku, wszyscy pracowali za darmo.
Ja, Kazimierz Fedorowicz, zrobiłem cała instalację elektryczną dla dobra społeczności. Będąc managerem czterogwiazdkowego hotelu Grosvenor w Bristolu - kilkakrotnie urządzałem „fairs” i bale, na które zapraszani byli bogaci Anglicy i Polacy. Równoczeœnie organizowałem bezpłatną pomoc Polaków jako obsługę - mieliœmy kilkuset ludzi za każdym razem. Zawsze wszystkie pieniądze były wpłacane na konto Fawley Court. Pełno Anglików z okolic zasilało budżet. Byłem œwiadkiem, jak jedna Szkotka, poprzednia właścicielka, oddała swoją ziemię wokół Fawley Court dla Polaków, którą następnie sprzedano.
Z relacji ks. Jasińskiego wygląda na to, że księża Marianie kupili pałac w całej swej okazałości za pieniądze Zgromadzenia, bez udziału społeczności. Natomiast Polacy czuli, że budują wspólne dzieło „in good faith”, dla pokoleń. Jest zrozumiałe, że społeczeństwo tak silnie reaguje na plany sprzedaży obiektu, który przez okres 50 lat należał moralnie do nich.
Skoro księża Marianie nie maj pomysłu na Fawley Court, dlaczego nie odstąpią posiadłości innemu zgromadzeniu, które poprowadzi Ośrodek ekonomicznie i z korzyścią dla naszej społeczności, a księża Marianie moga się przenieść do Londynu. Dlaczego sprzedawać spuściznę ojców?
Nowa fala emigrantów tak samo da z siebie wszystko, tak jak stara emigracja. Wiedząc, że będą mieli gdzie wyjechać z rodziną na weekendy lub wakacje, dadzą z siebie wszystko, aby nie było kosztów zmiany centralnego ogrzewania, które idzie w sumę kilkuset tysięcy funtów itd.
Wyrok na starą emigrację za jej dobre czyny wydać tak drastyczny - to nie godzi się z moralnością, jakiej księża nas uczą. Dziśœ mają oparcie w nowej fali emigracji, która po ciężkiej pracy tłumnie odwiedza kościoły, aby usłyszeć Słowo Boże, a więc można mieć takie wrażenie, że księża nie czują, że muszą się liczyć z kimkolwiek ze „starej” emigracji, ale kiedy ta „nowa fala” - dowie się, że Fawley Court istniał i co stracili przez „akcję” sprzedaży, zajmą odpowiednie stanowisko. Nigdy bowiem nie będa mieli miejsca, gdzie wszyscy z Wysp mogliby się zjednać i być razem jako jeden naród - na obczyźnie - w tak wielkiej i pięknej przestrzeni.
Fawley Court przez 50 lat był naszym wspólnym domem, gdzie każdy mógł zająć i czuć się u siebie, przyjazny, ciepły, nasz Dom. Przywożąc tam cudzoziemców, byliśmy dumni, że mamy ten Dom, a wiedząc, że powstał dzięki wysiłkowi naszych ojców, zawsze mieliœmy nadzieję, że będzie służył pokoleniom. Księża Marianie, będąc Polakami, nie okazują nawet moralnego obowiązku, aby ten obiekt pozostał w rękach Polaków. Nie zwalnia księży z winy fakt, że społeczeństwo nie było dostatecznie poinformowane o ich planach. Powinno być przeprowadzone referendum, aby móc działać z czystym sumieniem, a nie narażać się na takie protesty, które cień rzucają na księży i całe ich zgromadzenie. Chęć zysku przewyższa całą godność kapłańską.

Kazimierz Fedorowicz

—–

Fawley Court – votum wdzięczności

Ostatnio wiele pisze się o Fawley Court. Już nie rzeka słów, ale całe ich morze rozlewa się na polskie społeczeństwo wymieniajac wiele pozytywnych aspektów tego skrawka ziemi, który zaslużył na miano polskiej. Fawley Court to duma naszych ojców, to duma starej emigracji. Jak to się stało, że do tej pory nikt nie wspomina o innym aspekcie Fawley Court. Nie tylko Polacy maja swoje plany co do tej posiadłości, ale przede wszystkim sam Bóg ma daleko idące plany na nieporównywalną odleglość czasu. Zostaliśmy uprzywiljowani tym, że Bóg właśnie nas, umęczonych wojną, Syberią, katorgami i obozami wybrał na strażników tego skrawka ziemi, czyniąc nas wykonawcami Jego planów. W moim zrozumieniu Fawley Court ma stać się Centrum Miłosiedzia Bożego w Wielkiej Brytanii. Ks. Jarzębowski znalazłszy się w Rosji sowieckiej w czasie wojny obiecał Bogu, że o ile go zachowa i pozwoli wyjść z życiem z „nieludzkiej ziemi” będzie do końca swego życia szerzył kult Milosierdzia Bożego i słowa dotrzymał.
Na etapie swojej drogi życiowej znalazł się w Stanach Zjednoczonych i tam stworzył Ośrodek Miłosierdzia Bożego, który rozwija się wspaniale aż do dziśœ. Następnie, kiedy przyjechał do Wielkiej Brytanii, w Fawley Court kontynuował swoją działalność aż do śmierci. Jego następcy podjęli i kontynuują rozpoczętą pracę. Teraz ośrodek rozrósł się do takich rozmiarów, ze społeczeństwo angielsko-języczne przyjeżdża regularnie autokarami na modlitwy, msze święte i adorowania Najświętszego Sakramentu, gdzie przed obrazem Jezusa Miłosiernego uzyskują różne łaski. Ośrodek mógłby rozrosnąć się do rozmiaru polskich Łagiewnik w Krakowie, gdyż jest on jedynym na Wyspach Brytyjskich poœwięcony Miłosierdziu Bożemu. W Fawley Court w kościele œśw. Anny, w głównym ołtarzu znajduje się cudowny obraz Miłosiernego Pana Jezusa z napisem „Jezu ufam Tobie”. Ludzie czują tam wielką moc Bożą, doznają fizycznych i duchowych uzdrowień oraz innych łask.
Moim zdaniem Fawley Court trzeba ratować, a oœrodek przerodzi się w Sanktuarium, do którego pielgrzymi będą ciagnąć ze wszystkich krańców Wielkiej Brytanii. Jestem pewna, że w stosunkowo krótkim czasie mogłaby zaistnieć potrzeba wybudowania wielopiętrowego Domu Pielgrzyma, a za tym będą powstawać takie zaplecza jak restauracje, kafejki, sklepy sprzedające dewocjonalia oraz książki itp. Gdy spełnimy ten plan, to Bóg zadba o to, aby fundusze się znalazły. Może w przyszłoœci tak się rozrośnie to dzieło, że powstanie nowe miasto o nazwie Miłosierdzie Boże, na wzór Niepokalanowa. (…)
To miejsce jest uświęcone, ale szatan, jak widać nie chce zrezygnować i po latach przyczajenia się rozpoczął szturm, aby odebrać to co stracił. Wykorzystując chwilowe trudnoœci finansowe pomachał ogonem i przedstawił wizję otrzymania ze sprzedaży sumę z sześcioma zerami i tym sposobem przyćmił umysły i zasłonił oczy tym, którzy nie zorientowali się o jaką stawkę chodzi. To nie Ksieża Marianie kontra Polakom! Tu sie rozgrywa nowa walka między Bogiem a szatanem. Choćby cena do osiągnięcia była astronomiczna, to nieważne, gdyż ta suma w oczach Boga będzie zawsze miała wartość trzydziestu srebrników. Teraz œwiadomie zdecydujmy więc po czyjej stronie chcemy stanąć !!!!!!!!! Do tego nie może dojść, by powtórzyła się historia Judasza. Fawley Court musi pozostać w rekach Boga i ma się stać Sanktuarium Miłosierdzia Bożego dla wszystkich ludzi tej Wyspy. (…)
Wiadomo co w takiej sytuacji uczyniłby nasz drogi rodak – Jan Pawel II. Pozwolę sobie w œlad za nim wołać słowami : „Niech Duch Twój zstąpi i odnowi oblicze ziemi…tej ziemi !!!!!


Stanisława Kuszyk

—–
Szanowny Panie Redaktorze.

Sprawa sprzedaży Fawley Court wywołała szereg bardzo ciekawych komentarzy zamieszczonych na łamach Pana poczytnego pisma.
Po pożarze gmachu w 1974 roku byłem inicjatorem apelu do lokalnego społeczeństwa, który spotkał się z przychylną odpowiedzią. Załączam listę osób, które wsparły odbudowę polskiej szkoły.
Sadzę, że wymienieni darczyńcy, jeśli jeszcze żyją, będą niemile zaskoczeni likwidacją tej polskiej placówki, która w naszych okolicach zaskarbiła sobie wielu przyjaciół.
Łączę wyrazy poważania

Zbigniew Mieczkowski
Henley-on-Thames

—–

Fawley Court

Nic nie jest wieczne. Ludzie przychodzą i odchodzą. Przemijają epoki i idee. I tak jest od początku świata. Ale jest coœ, co zatrzymuje czas. Historia, kultura zachowana w przedmiocie, książce, pamięci. Wszystko to przybliża nam przeszłość. Wielkim miejscem dla Polaków w Anglii stał się Fawley Court. Włodarzem wspaniałych murów pamiętających XVII wiek stali się Księża Marianie. Od póŸnych lat 40. nie tylko utworzyli swoją Misję ze œświątyniami, ale także założyli wspaniałą Polską Szkołę dla Chłopców, Muzeum z pamiątkami, m.in. z Powstania Styczniowego, ogromną bibliotekę. Cała posiadłość rozciąga się na rozległym terenie, tworząc wspaniały park. Szczególnie w Œświęta i w Zielone Œświątki ciągną tam liczne rzesze miłośników polskiej kultury, i to nie tylko Polacy.
I nagle społeczność polska poraziła wiadomość, że Fawley Court zostanie sprzedany. Szok, żal, zdziwienie. Ale takie jest życie. Dlatego wybiła godzina dla ludzi przedsiębiorczych. Już nie tylko jest prośba i apel do ludzi mających pieniądze na pozostawienie w polskich rękach Fawley Court. Jest apel do wszystkich, a więc do organizacji emigracyjnych, parafii, sklepów, bibliotek, osób prywatnych, aby nawet najmniejsze stróżki pieniędzy płynęły na wykupienie Fawley Court. Każda cegiełka będzie wspierała ideę zachowania w polskich rękach naszego skarbu.
Równolegle z tym należy myœleć nad ukierunkowaniem działalności Fawley Court. Bo oprócz kościoła i stałej ekspozycji, jaką będzie muzeum i biblioteka, może znaleźć się tam uniwersytet. Ale musi to być uczelnia wyjątkowa, kształcąca studentów różnych narodów, innych kultur, psychik. Uniwersytet powinien szerzyć idee pokoju, przyjaźni i tolerancji. Taki projekt na pewno zainteresuje instytucje rządowe nie tylko w Londynie, ale także w Warszawie i  Brukseli. Pomysłodawcom niech przyświeca idea nowatorskich rozwiązań, które zachęcą protektorów do poparcia wzniosłego apelu, a Fawley Court uczyni miejscem wypełnionym wyjątkowymi ideami.


Kamil Kosicki

—–

List ten piszę jako głos protestu przeciwko planowanej likwidacji Fawley Court przez Księży Marianów.
Fawley Court to dla nas serce polskiego życia religijnego za granicą. To nie dom czy nawet kościół to pomnik starej emigracji i nam przekazanej tradycji. Symbol ocalenia naszych Ojców z katorg Rosji i spod brutalności Niemiec. Pomnik sprzedać? To zdrada społeczeństwa!
Nasz Papież nigdy nie dopuściłby do takiego posunięcia. Dlaczego plany sprzedaży nie były konsultowane z polskim społeczeństwem, które dawało pieniądze, czas i pomoc przez pół wieku? Pieniądze dawane były „in good faith”, z myślą i wiarą, że to nasze katolickie centrum będzie na wieki.

Dlaczego ukrywany był plan sprzedaży? To, że Muzeum zamykano, powinni byli księża Marianie ogłosić emigracji i dać ludziom szansę zobaczenia po raz ostatni tych eksponatów, które nie tylko były kolekcją ks. Jarzębowskiego, ale były darami naszych ojców. Niedawno pojechałam tam z grupą młodzieży urodzonej tutaj, której również Fawley Court leży na sercu. Zapytaliœmy panią Karen, Angielkę, długoletnią pracownicę, czy Fawley Court ma być sprzedane. Ona zwróciła się do księży, a potem oznajmiła nam, że: „Fawley Court will be here in the forseable future”.
Dlaczego nie powiedziano nam prawdy? W Wielkiej Brytanii każda inna religia ma swoje największe centra: Hindusi na Neasden, wielki meczet planowany jest w East London, świątynia Hare Krishna jest w Hertfordshire, w domu zmarłego Beatlesa Georga Harrisona; nikt tego nie sprzedaje!
Księża Marianie chcą szybko i cicho sprzedać Fawley Court w momencie, kiedy napłynęła tu największa emigracja od czasów wojny. Ta emigracja i ich dzieci są narażone na utratę tożsamości jak i również inne niebezpieczeństwa współczesnego œwiata. Księża Marianie wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy, aby stali się opiekunami naszymi i naszych dzieci, i ofiarowywali pomoc w miejscu, gdzie rozwijała się nasza duchowa tradycja – opuszczają nas. Polska i katolicka tożsamość emigracyjna związana jestœściśle z Fawley Court. Wielu Anglików zawiozłam tam w ich trudnych chwilach życiowych. Odnaleźli tam właśnie siebie, swoją równowagę myślową i swoją duchowość. Jest to możliwe dzięki wspaniałej atmosferze, przestrzeni, naturze. To miejsce jest uświęcone modlitwami tysięcy Polaków. Tego miejsca trzeba strzec przed nieodpowiedzialnymi decyzjami krótkowzrocznych powierników. Przez odpowiednie apele do emigracji pomoc przyjdzie, a księża Marianie uszanują intencje naszych Ojców. Niech dadzą szansę odkrywać tam Boga tym, którzy Go szukają, nabierając odporności na wszelkie przejawy codziennego życia. Niech młodzi księża wezmą przykład ze swych poprzedników, którzy pracowali z nami poœwięcając się, i dadzą z siebie wszystko, a nie cicho, ukradkiem czekają na kasę, handlując naszymi uczuciami, a przede wszystkim wiarą.

Tatiana Stenzel

—–


Fawley Court – zatrzymać!
Zagadnienie Fawley Court zaostrza się w rozmowach i artykułach, wrze w ośrodkach polonijnych. Społeczność bardzo mocno reaguje na wiadomość o planach ewentualnego sprzedania tego obiektu, który został zakupiony przez Polaków i spłacany przez Polaków. Księża Marianie chcą sprzedać cośœ, czego sami nie kupili, a kupili Polacy przekazując swoje pieniądze i swoje majątki.
Konsekwencje sprzedaży Fawley Court mogą być nieobliczalne, bo ludzie tego nie zapomną. A księża zostali powołani do pewnej roli, którą mają spełniać w społeczeństwie, czyli do dbania przede wszystkim o młode pokolenie poza granicami kraju, aby w tym wypróbowanym już przez lata miejscu nadać moralny kierunek ta myśl powinna kierować ich decyzjmi, nie zbaczając ze swego powołania na doczesne tory poprzez próby handlowania spuścizną naszych ojców.
Dlaczego nie było apeli do emigracji przedstawiających problem wysokich kosztów utrzymania ośrodka oraz malejącego zainteresowania nim? Przecież to sprawa ogółu, a nie tylko księży.
Mam nadzieję, że będzie szansa uratowania tego, tak drogiego nam wszystkim ośrodka. Teraz, kiedy znana jest sytuacja, znajdzie się rozwiązanie, aby utrzymać w rękach polskich ten nasz kawałek ziemi.
Naszym wspólnym obowiązkiem jest przywrócić ośrodek do życia i  znaleźć wspólne rozwiązania dla dobra rosnącego pokolenia.
Danuta Reut

—–

Apel

Obecną sytuację można nazwać krytyczną. Nasz, podkreślam słowo nasz - majątek społeczny Polaków w Wielkiej Brytanii jest zagrożony.
Nie wolno chować głowy w piasek.
Powinniœmy walczyć o to, by zakupiony za społeczne pieniądze Fawley Court nie został sprzedany i nie przeszedł w obce ręce. Pamiętam te lata, gdy œp. ksiądz Jarzembowski chodził po Londynie prosząc o pomoc w zakupieniu Fawley Court i odwiedzał moją drukarnię przy stacji Barons Court w drodze do Dziennika”,
i rozmawiając ze mną na ten temat. Byłem wówczas redaktorem
„Wiadomości Gospodarczych” Związku Kupców i Przemysłowców Polskich w UK. Pomoc tę naturalnie otrzymał.
W następnych latach w szkole Fawley Court mieszkali i uczyli sie moi synowie. Bywałem tam w każdą niedzielę. Wraz z księdzem Władysławem Gurgulem miałem możność organizować różne imprezy, mające na celu spłatę długu za Fawley Court. Pracowałem w ten sposob społecznie przez okres czterech lat. Z pomocą społeczności polskiej udało nam się zebrać tysiące funtów.
PROTESTUJĘ przeciw próbie przehandlowania wysiłków księdza Jarzembowskiego i pozbycia się naszego narodowego majątku dla celów koniunkturalnych.
Nie pozwólmy, by nasz społeczny, chociaż w rękach Ojców Marianów majątek, został stracony. Musimy zrobić wszytko co w naszej mocy, by Fawley Court został w polskich rękach. Nie możemy pozwolić, by ten ośrodek został sprzedany obcym.
Fawley Court obecnie powinien być ośrodkiem edukacyjnym dla polskich dzieci. Już teraz wg angielskiej prasy, 140 tysięcy polskich dzieci pobiera naukę w angielskich szkołach. MUSIMY OD CZASU DO CZASU RUSZYĆ DO AKCJI!

OTTON Z HULACKI

—–

Fawley Court – ostoja polskoœci

Czuję się w obowiązku Polki i patriotki zabrać głos na powyższy temat. Zanim to drastyczne posunięcie sprzedaży stanie się rzeczywistością, uważam, że należy apelować do Polonii tutaj i na świecie, aby zmobilizować siły. Może jeszcze uda się uratować ten wyjątkowy skrawek Polski poza jej granicami. Przecież to jedyne miejsce, gdzie Polacy z całej Anglii mogą się zjeżdżać i czuć, że są jednością, że przynależą do jednej rodziny, a w tym nasza siła. Oczywiście samo uczucie nie wystarczy, żeby ośrodek utrzymać. O ile każdy z nas, Polaków, zobowiązałby się podpisać tzw. covenant lub gwarantował pewną miesięczną kwotę, a jest nas tu coraz więcej – dalibyœmy radę, aby ten Ośrodek utrzymać. Chętnych nie brakuje do zorganizowania tego, tylko trzeba przekonać księży Marianów, aby powstrzymali się z likwidacją tak drogiego nam wszystkim miejsca, które istniało przez pół wieku dzięki starej emigracji, ich testamentom i datkom. Była wspaniała szkoła dla młodzieży, która przestała istnieć, ale nie jest przecież powiedziane, że nie może ponownie zaistnieć.
W Polsce wielu doskonałych nauczycieli jest bez pracy, załatwiliby dwa problemy, i tu, i tam. Biorąc pod uwagę liczbę młodych ludzi osiedlających się tutaj i zakładających rodziny, na pewno dwujęzyczna szkoła i internat byłyby zbawieniem. Obecnie 140 tys. dzieci polskich uczęszcza do szkół brytyjskich.
Książę Radziwiłł postawił w Fawley Court piękny kościół pw. Św. Anny wierząc, że to tu jest Polska”. Nasz Papież na pewno nie życzyłby sobie, aby taką placówkę zlikwidować, która podtrzymywała i utrwalała polskość, łączyła nas będąc punktem odniesienia dla każdego z nas.
Nowym przybyszom, kiedy zorientują się, że Ośrodek taki istnieje, na pewno łatwiej będzie żyć na emigracji.
Księża Marianie uważają, że Ośrodek spełnił swoją rolę. Nie mają wizji na przyszłość, ani pieniędzy. Dlaczego więc nie było „wielkich apeli” do emigracji, aby wspólnie znaleźć wyjście i utrzymać ten skrawek Polski poza Polską? Oczywiście księża mają legalne prawo do sprzedaży, a szczególnie łatwo decydować księżom, którzy niedawno się urodzili i nie czują tego, co ludzie będący 50 lat na emigracji, jak ważną sprawą dla Polonii jest kontynuacja istnienia Ośrodka.
Szansa uratowania go powinna być dana choćby dlatego, że Ośrodek ten powstał i istniał dzięki ofiarności starej emigracji, która pozostawia po sobie pokolenie, które tam uzyskało wykształcenie. Dla nich Fawley Court znaczy cośœwięcej niż obiekt na sprzedaż.
Tutaj pojawia się kwestia moralności i sumienia księży wobec emigracji. Miejmy nadzieję, że powiernicy podejmując tak drastyczną decyzję posłuchają swego sumienia i tak, jak nas księża uczą moralności i prawego działania, będą wiedzieli, co mają z powyższym zrobić –o ile mają prawdziwe powołanie i szacunek dla tych, którzy łożyli swoje majątki, a nie są w stanie protestować, bo już nie żyją. Bo cóż znaczą pieniądze wobec wieczności? A co będzie z Kolumbarium w kościeleœŚw. Anny, gdzie spoczywają ludzkie szczątki?
Jak tego Ośrodka zabraknie i już nigdzie Polacy nie będą mogli się zjeżdżać, to wynarodowienie młodego pokolenia będzie pewne. A więc ta ewentualna sprzedaż może równać się działalności antypolskiej. Żal i brak zaufania do księży Marianów tak głęboko się zakorzeni, że może przechodzić z pokolenia na pokolenie, a książki historyczne też odpowiednio ocenią takie posunięcie.
Kiedy więc całe społeczeństwo jest oburzone planami sprzedaży, to może trzeba się więcej modlić, żeby Duch ŒŚwięty również oświecił księży i pozwolił ujrzeć nową rolę dla Fawley Court? To, że kościoły w niedzielę są przepełnione, czy to nie œwiadczy o tym, że ludzie szukają polskości, że chcą, aby „Polska była Polską”? Może księża przemyślą swoją decyzję, a może lepiej byłoby, gdyby decyzję pomogła powziąć część narodu polskiego, której będzie bardzo zależeć na uratowaniu Fawley Court i zbiorą wszystkie siły do uratowania tej tak ważnej siedziby, części Polski poza jej granicami? Polacy rozsiani po œświecie dbają o utrzymanie polskości w różnych przejawach życia. Jest w naszym narodzie cośœ, co automatycznie każdy z nas wie, że będąc na obczyźnie, naszym patriotycznym obowiązkiem jest utrzymanie polskości, a następnie przekazywanie tego pokoleniom. A jest to możliwe jeśli mamy się gdzie zrzeszać.
Podaję dla przykładu, mój pradziad za krzewienie języka polskiego na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, gdzie była rusyfikacja Polaków, został skazany na 10 lat katorgi na Syberii. Po powrocie dalej kontynuował swą działalność. To poczucie przynależnoœci jest tak głębokie, że przechodzi na pokolenia. Mogę tylko tym wytłumaczyć swoje zamiłowanie i nawet obowiązek produkowania taśm, szczególnie pieśni patriotycznych z wyczerpującymi tekstami tylko po to, aby młodzież mogła poznać z tych tekstów cząstkę historii polskiej. To taka moja cegiełka – mówiąc o polskości.
Fawley Court może stać się ośrodkiem na wielką skalę, kształcącym młode pokolenie. Oby Bóg tak dał,
i oby Bóg dał księżom Marianom 20 milionów, nie sprzedając Fawley
Court. Może cud się stanie?

Danuta Reutt

—–

Szanowny Panie Redaktorze,

artykuły zamieszczone w „Nowym Czasie” (nr 13/78, 4.04) zmusiły mnie do napisania listu do redakcji tego popularnego i dobrego pisma.
Pierwszy artykuł to: „Fawley Court pod młotek” (Mikołaj Skrzypiec) - nie bronię ojców Marianów ani nie popieram ich decyzji! Łatwo jest jednak mówić „szkoda”, „nie powinno się”. NIKT jeszcze - o ile mi wiadomo - nie przedstawił realnego projektu zachowania i utrzymania Fawley Court dla Polonii. Było to œwietne miejsce w tamtych czasach na polską szkołę z internatem i muzeum. Polacy jeŸdzili tam, spędzali urlopy, ale obecnie Fawley Court nie jest oœrodkiem œściągającym Polaków. Owszem, przyjeżdża tam trochę rodaków na Zielone ŒŚwiątki i to wszystko. Po co taka posiadłość, której utrzymanie kosztuje ogromne pieniądze, potrzebna Polskiej Misji Katolickiej? Kto by na to łożył? Starsza emigracja, która hojnie dawała na polskie instytucje skurczyła się bardzo, a ta młodsza, solidarnościowa czy ta obecna zarobkowa, raczej nie daje. Może byłoby sprawiedliwie, gdyby jakiœ procent pieniędzy otrzymanych ze sprzedaży - jako że wspieraliœmy Fawley Court - wrócił do polskich instytucji dalej działających w Anglii?
Po przeczytaniu felietonu: „Polenmuseum” (Wacław Lewandowski) - ciœnie się na język pytanie - gdzie są felietoniści z dawnych lat, którzy mimo ciętego języka, uszczypliwości, a nieraz i złośliwości pozostawali nadal dżentelmenami ??!! Atak na dyrektor Annę Buchmann, która nie ma możliwości odpowiedzi, bo mieszka w Zurichu i gazety nie otrzymuje, jest niesprawiedliwy, krzywdzący i ma znamiona osobistych porachunków autora. Anna Buchmann związana jest z Muzeum Polskim w Rapperswilu od dwudziestu lat i tajników jego prowadzenia uczyła się od swojego poprzednika Janusza Morkowskiego. Opinia pana Lewandowskiego o rozparcelowaniu zbiorów rapperswilskich i przekazaniu dokumentów archiwalnych „dot. Drugiej Emigracji” do Torunia, a reszty zbiorów do Muzeum Narodowego, jest na szczęście jego własną, i wolno mu ją mieć.
Kolejny artykuł „Raport o stanie niemożności” (Dariusz Tereszkowski-Kamiński) - długi i nudny. Co autor chciał nam w nim powiedzieć? Przedstawić swoją„skromną”osobę? A o tym jak potrzebna jest szkoła, o ktorej założenie walczy, œwiadczy chyba najwyraźniej liczba zainteresowanych rodziców przybyłych na zebranie - około 25 (co jak sam autor pisze… było sukcesem)!!!

Z wyrazami szacunku
Iga Szmidt

—–

Szanowny Panie Redaktorze,

uważałem „Nowy Czas” za najlepsze polskie pismo wydawane na Wyspach Brytyjskich, pozostawiające daleko za sobą wszystkie pozostałe, włącznie z „Dziennikiem Polskim”. Ostatni jednak numer skłania mnie do zrewidowania opinii, gdyż zaczęto równać do średniej.
Rozumiem, że przyszłość Fawley Court jest tematem interesującym, szczególnie dla starszej emigracji. Zgadzam się, że Marianie sprzedając posiadłość winni pamiętać o udziale polskiej wspólnoty w powstaniu i rozwoju tego ośrodka. Oni sa jednak prawnymi właścicielami posiadłości, wszelkie więc decyzje należą do nich. Nie chcę przesądzać o tym, czy decyzja o sprzedaży była słuszna, czy też nie. Opisując jednak sprawę budzącą kontrowersje, wskazane byłoby wspomnieć o liczbie osób odwiedzających Muzeum (którego utrzymanie jest dość kosztowne), czy też korzystających z imprez bądźŸ możliwości wypoczynku w Fawley Court. Bez tego cały artykuł jest tylko „biadoleniem”.
Raport p. Tereszkowskiego-Kamińskiego, zamiast zająć trzy strony w „Nowym Czasie”, winien trafić do Centralnego Biura Antykorupcyjnego, które byłoby chyba zainteresowane tym, w jaki sposób poprzez koleżeńskie kontakty (jak pisze autor raportu) można wyciągnąć ze Wspólnoty Polskiej pół miliona funtów. Żale zaśœ autora, że nie dokooptowano Go do zarządu Polskiej Macierzy Szkolnej pozostawić należałoby bez komentarza, ponieważ władze organizacji wybierają zawsze jej członkowie a nie prezesi. Cała zaśœ reszta to bezsensowny bełkot, bo pretensje kierowane do Związku Lekarzy równie dobrze można skierować np. do filatelistów, ponieważ oni również nie zajmują się szkołami. Swoją drogą, można zasugerować p. Tereszkowskiemu, aby zwrócił się do premiera RP o dokooptowanie Go do Rady Ministrów i powierzenie urzędu ministra oœwiaty, bo pomysł kształcenia elit intelektualnych poza granicami Kraju i za cudze pieniądze jest nowatorski.
I wreszcie sprawa ostatnia, moim zdaniem najbardziej wstydliwa dla pisma dbającego o poziom.
Niejaki p. Wacław Lewandowski, załatwiający chyba swoją prywatną sprawę, bo trudno nazwać felietonem osobisty i prostacki atak na osobę, która nie może się bronić, chociażby z uwagi na fakt, że Nowy Czas”jeszcze nie jest gazetą globalną i w Szwajcarii nie jest rozprowadzany. Ale to jest tylko jedna strona sprawy. Drugą jest to, na jakiej podstawie p. Lewandowski opiera swoje inwektywy, bo w felietonie ich nie uzasadnia. Fakty zaś są następujące:
- pani Anna Buchman związana jest z Muzeum Polskim w Rapperswilu od 20 lat - kilka lat temu po odejściu poprzedniego dyrektora, władze Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Polskiego w Rapperswilu powierzyły jej kierowanie Muzeum i nie musiały konsultować tego z p. Lewandowskim ani z kimkolwiek innym. Nie jest prawdą, że większość obiektów to depozyt Muzeum Narodowego w Warszawie; nie jest nim księgozbiór, archiwalia, zbiory rycin czy zbiór kartograficzny,
- Muzeum Polskie w Rapperswilu pełni w rzeczywistości rolę nieoficjalnego Polskiego Instytutu Kultury w Szwajcarii, więc przywołany w felietonie fakt braku „nowej” emigracji nie ma nic do rzeczy (proponuję sprawdzić ilu przedstawicieli milionowej nowej” emigracji w Anglii włączyło się w pracę lub chociażby tylko zwiedziło Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego),
- o przyszłoœci zbiorów Muzeum decydować będzie ich właściciel, czyli Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Polskiego w Rapperswilu, a nie jakiekolwiek inne władze, czy nawet p. Lewandowski.
Dostosowując się do złośliwej formy felietonu przyjętej przez p. Lewandowskiego pozwolę sobie podać w wątpliwość Jego fachowość. Według Słownika języka polskiego” (PWN, 1999, t. 3, str. 357) synekura to „dobrze płatne stanowisko nie wymagające od zajmującego je zbyt wielkiego wysiłku, mimo pozorów pracy”. Pani Anna Buchman według mojej wiedzy nie jest wynagradzana za pełnienie funkcji dyrektora, mało tego, w przyszłości nie nabędzie z tego tytułu praw emerytalnych. Dziwna to synekura. Autor w konkluzji swego felietonu apeluje do władz warszawskich (sic?), aby depozyty wróciły do Muzeum Narodowego, zaśœ reszta do toruńskiego Archiwum Emigracji (którego jest współpracownikiem). I tu chyba pies jest pogrzebany. Cały felieton służył chyba jednemu celowi, czyli pozyskaniu przez Archiwum Emigracji w Toruniu kolejnych archiwaliów, użyta zaśœ metoda nie ma dlań większego znaczenia. Zresztą podobne metody były już stosowane przez współpracowników toruńskiej placówki.
Osoby zajmujące się gromadzeniem czy też opracowywaniem materiałów archiwalnych zgodzą się chyba ze mną, że biorąc pod uwagę zawartość rapperswilskich zbiorów, gdyby zaistniała konieczność ich przeniesienia do Kraju, to na pewno znalazłoby się kilka placówek będących lepszym dla nich schroniskiem niż Toruń (chociażby Ossolineum, gdzie rapperswilska kolekcja Jana Nowaka Jeziorańskiego spotkałaby się z wrocławską). Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie i Muzeum Polskie w Rapperswilu przez długie lata pełnić będzie swą rolę.
Co do „Nowego Czasu” myślę, że była to tylko wpadka, a gazeta nadal trzyma poprzeczkę wysoko, czego jej życzę. Pozostaję z poważaniem.

Grzegorz Pisarski
Listy -  - © fawleycourt

powrót powrót

 Komitet Obrony Dziedzictwa Narodowego Fawley Court, , e-mail: savefawley@hotmail.com
netBOX - Systemy internetowe